magazyn filmowy – wywiad

W kinie jak w symulatorze emocji

Z psychologiem, Armenem Mekhakyanem, rozmawia Tomasz Raczek

Tomasz Raczek: Słowo kinoterapia sugeruje, że film może być lekarstwem. Czy zatem należy najpierw ustalić, co komuś dolega, a potem wysłać go do kina na konkretny film?

Armen Mekhakyan: Pewnie taki rodzaj kinoterapii też się stosuje, ale nasza idea dotyczy czego innego. Tak naprawdę nie chodzi o to, żeby w kinie znaleźć lek na konkretną przypadłość, raczej idzie o to, by wywołać wrażenie, że chodzenie do kina może przynieść ulgę, mieć działanie terapeutyczne.

Ale czy określony film na każdego działa w ten sam sposób?

Przeciwnie, na każdego może działać trochę inaczej, w zależności od tego, jak się wychował, co go przeraża, a co kojarzy się ze szczęściem i radością. Każdy z nas ma zupełnie inne tajemnice i demony, z którymi walczy. To dlatego czasem inaczej reagujemy na bodźce, które pojawiają się na ekranie.

Czyli niemożliwy jest taki sposób postępowania: ktoś ma problem z samotnością, więc dostaje listę filmów, które powinien obejrzeć, bo tam ta kwestia jest poruszana?

To byłoby zbyt proste. Jeśli tak podchodzilibyśmy do kinoterapii, to potrzebowalibyśmy filmów instruktażowych, objaśniających jak człowiek samotny może sobie radzić w życiu. Oczywiście to też jest szlachetne.

Rodzaj samodoskonalenia.

Tak. I dobrze, że są takie narzędzia. Kojarzą mi się z warsztatowymi działaniami dla kinoterapeutów, podczas których można pokazać wręcz w behawioralny sposób, jak można postępować w pewnych sytuacjach. I tłumaczyć na przykład, co to jest syndrom sztokholmski. Wtedy mówimy, że film Pokój idealnie nadaje się, żeby omówić to zagadnienie. Jednak podczas naszej kinoterapii podeszliśmy do tego filmu zupełnie inaczej. Nie interesowały nas założenia psychologiczne i nie pokazywaliśmy, co można zrobić w takiej sytuacji. To byłoby sprzeczne z moimi przekonaniami dotyczącymi i nauki, i rozwoju osobistego, i wreszcie zrozumienia samego siebie. Uważam, że powinniśmy zaakceptować i uszanować własną autonomię, a terapeuta nie może narzucać widzom żadnych ograniczeń, ani zakładać, że pewien z góry ustalony sposób myślenia okaże się przydatny dla uczestników terapii. Raczej oczekuję, że w czasie takiego spotkania jego uczestnicy staną się dla siebie terapeutami.

Mam wrażenie, że w naszych spotkania kinoterapeutycznych nie szukamy odpowiedzi na zadane pytania, tylko przyglądamy się widzom, którzy tuż po obejrzeniu filmu znajdują się w momencie głębokiego poruszenia, gdy kłębią się w ich głowach różne myśli. Staramy się porządkować owe myśli, nadawać im logiczny przebieg, uświadamiać, co znaczą i jakie mogą być ich korzenie. Na podstawie reakcji widzów na film możemy podpowiedzieć, z czego biorą się takie reakcje i co one mogą znaczyć. To jest zaproszenie do tego, by myślenie wywołane filmem wyprowadzić z obszaru obejrzanej historii i poprowadzić dalej już ze sobą w roli obserwowanego bohatera.

To jest sedno sprawy. Gdybym miał to ująć z punktu widzenia terapeutycznego, to właściwie nie mam przekonania, że w wyniku oglądania filmu na taki czy inny temat można u widza wywołać trwałe zmiany, tak żeby to było zamiennikiem do terapii.

Z mojego punktu widzenia nie byłoby to możliwe. Dlatego też uważam, że to, co robimy, to nie diagnozowanie jakiegoś problemu, a następnie zaradzenie temu, tylko raczej tworzenie okazji, żeby w ogóle rozmawiać o emocjach.

Porównałbym to do pierwszej wizyty u terapeuty, kiedy to nie mamy żadnych ograniczeń, niczego nie musimy się obawiać i możemy swobodnie mówić o tym wszystkim, o czym nikomu nigdy wcześniej nie mówiliśmy, nie bojąc się żadnej oceny. Chciałbym, aby nasze seanse kinoterapeutyczne były właśnie podobne do pierwszej sesji u psychologa. Tu nie ma jeszcze miejsca na diagnozę, ani na leczenie, ale pojawia się przestrzeń, w której przede wszystkim musi istnieć poczucie bezpieczeństwa. Widzowie mogą bez obawy opowiedzieć się po stronie różnych bohaterów, czasem takich, którzy są niemoralni z punktu widzenia ogólnie przyjętej moralności. Nie będzie tu żadnej oceny. Chodzi o to, żeby podczas naszych kinoterapii każdy mógł powiedzieć – tak, ja właśnie odkryłem u siebie podobne uczucia – i żeby dostał bodziec, aby coś z tym zrobić.

Mówisz o sytuacji, kiedy poruszają nas bohaterowie – czasem przez to, że są podobni do nas, czasem dlatego, że nas denerwują, co jednak powiesz o przypadku, gdy czujemy, że poruszyła nas, wręcz osobiście dotknęła, jakaś scena, a my nie rozumiemy, dlaczego tak się stało. Jesteśmy zdziwieni i zaniepokojeni – przecież to wcale nie jest nasza historia, więc dlaczego?

Bardzo trafne pytanie. Żeby można było sobie z tym poradzić, niezbędna okazuje się psychoedukacja – umiejętność zatrzymania się i połączenia uważności ze świadomością psychologiczną. Trzeba się bowiem zastanowić, która dokładnie to była scena, następnie poszukać w swojej przeszłości, z czym mi się to kojarzy. Emocje, które się u nas pojawiły, nie powinny być bagatelizowane; nie możemy pójść na skróty i powiedzieć – no pewnie byłem po prostu poruszony, bo to mocna scena. Raczej trzeba by zastanowić się, co takiego w tej scenie kojarzy mi się z czymś, co sam przeżyłem. Pewnie to nie będzie łatwe, ale warto zatrzymać się i sobie przyjrzeć…

… bo to może być symptom czegoś bardzo ważnego.

Bez wątpliwości to jest symptom czegoś bardzo ważnego! Jeśli przez długi czas nie jesteśmy w stanie ustalić, co takiego się dzieje, jeśli nasza fizyczność reaguje, a my wciąż nie umiemy znaleźć z jakiego powodu, to znaczy, że może chodzić o coś bardzo istotnego, co całkowicie wyparliśmy ze świadomości. Na pewno nie możemy tego bagatelizować.

Gdy o tym mówisz, to brzmi to tak, jak wtedy, gdy onkolodzy ostrzegają, że nie można bagatelizować z pozoru niewinnych pierwszych objawów choroby nowotworowej.

Z tym że w przypadku tak silnych reakcji w kinie, jesteśmy już w stanie zaawansowanym, gdyż prawdopodobnie problem siedzi w nas od wielu lat. Właśnie dlatego nie można dłużej udawać, że go nie ma. Taka wartość kinoterapii jest dla mnie znacznie ważniejsza, niż robienie z filmu narzędzia terapeutycznego.

Jakie filmy są w stanie wywołać w nas takie reakcje?

Często się zastanawiam, czy filmy, które mają dla nas istotne znaczenie, bo potrafią zwrócić uwagę na poukrywane ważne dla nas sprawy, to nie są filmy… smutne. Czasem powodują one, że dostrzegamy w nich cząstkę siebie, a czasem dzięki nim doceniamy, co mamy, bo widzimy skalę i nabieramy dystansu do własnych kłopotów. W terapii behawioralnej zachęca się czasem pacjenta, żeby nauczył się czegoś poprzez film. Na przykład nagrywa się go, potem on to ogląda i analizuje błędy, które popełnia, po to, żeby zrozumieć, czego powinien unikać, a z drugiej strony może siebie ocenić sprawiedliwiej podi na przykład dostrzec, że nie jest tak źle, jak mu się wydawało. Dotyczy to choćby osób, które się jąkają. Najczęściej mają przekonanie, że wydają z siebie bełkot. Gdy jednak posłuchają siebie na nagraniu, dochodzą do wniosku, że stosunkowo łatwo je zrozumieć. Skoro taki eksperyment może być skuteczny, to tym bardziej zawodowo zrobiony film, który jest doskonały z technicznego punktu widzenia. Tym bardziej, że emocje, jakie dostajemy w filmie, czyli w swego rodzaju psychologicznym symulatorze, są bardzo prawdziwe. W realnym życiu piloci podczas pracy w symulatorze mają te same odczucia, co w samolocie – prawdziwie się pocą, prawdziwie się stresują. Tak samo my w kinie: przeżywając emocje, mamy takie doznania, jakie mielibyśmy w życiu rzeczywistym. Z takiego punktu widzenia pomysł doświadczenia kinoterapii po to, żeby móc o sobie więcej się dowiedzieć, jest fantastyczny.

Skoro to taki intymny proces, to czy należy o nim mówić na głos, konfrontować go z innymi, rozmawiać?

Zależy. Generalnie należy rozmawiać i taka jest idea tego projektu, ale nie jestem za tym, żeby rozmawiać „na oślep”. Jeśli będziemy mówili na gorąco o swoich odkryciach na własny temat, to może okazać się niebezpieczne; podzielimy się swoimi emocjami, a potem będziemy tego żałować, ponieważ te osoby nie zrozumieją tego tak, jakbyśmy chcieli. Lepiej najpierw porozmawiać ze sobą samym, a następnie wybrać do rozmowy osoby, które obdarzamy zaufaniem. To może być terapeuta podczas kinoterapii, przyjaciel, ktoś z rodziny. Pamiętajmy, że wychodzimy wtedy z symulatora i zaczynamy zmieniać swoje życie!

MAGAZYN FILMOWY nr 68/kwiecień 2017